piątek, 13 kwietnia 2018

Co zmienia 100 tysięcy na liczniku, czyli trochę o moim blogowaniu.

W ciągu ostatnich kilku dni stuknęła mi okrągła liczba na blogu, bowiem licznik wejść pokazał 100 tysięcy. Chciałam po trosze podziękować wszystkim, którzy tu kiedykolwiek zaglądali, po trosze powspominać i przede wszystkim powiedzieć czy warto prowadzić bloga, czy są z tego jakiekolwiek  pieniądze bądź profity. 

Zaczynając od początku, bloga prowadzę od dwóch lat. Czy to długo? Dla niektórych na pewno, dla innych ani trochę – sama obserwuję tzw. dinozaurów blogosfery, którzy swoje strony prowadzą już od lat dziesięciu i ani myślą o ich usuwaniu. Pomijając jednak fakt, czy prowadzenie przez dwa lata swojego zakątka w sieci jest okresem długim, czy też nie, taki czas z całą pewnością nie może być zmarnowany, bo kto chciałby robić coś przez kilka lat bez żadnego celu? 

Ja swojego celu nie pamiętam, ale jestem prawie pewna, że moje procesy myślowe były w tamtym czasie mniej-więcej takiego pokroju: ,,Chciałabym o czymś pisać... O czym tym razem założę bloga? Koty? Psy? Zawody? O! Może czytanie?’’. 

I buum!

Pojawiła się Wielopasja. 


Dlaczego właśnie taka nazwa? Bo już wtedy wiedziałam, że prawdopodobnie szybko będę chciała zboczyć trochę z kursu i poruszać również mniej książkowe tematy. Co zresztą się sprawdziło, bo już po dwóch miesiącach po raz pierwszy napisałam coś o serialach, a po pięciu stworzyłam autorski tag serialowo-filmowy. Przyznam się, że z nazwy jestem dumna do dziś i chyba nie wymyśliłabym lepszej, a posty podlinkowuje, tak jak wszystkie inne, o których będę pisała, aczkolwiek wchodzicie na własną odpowiedzialność! 


Co do wpisów, ich jakości i progresu... Na przestrzeni czasu na pewno nauczyłam się pisać dłuższe recenzje i choć nadal mam momenty, w których siadam przed laptopem i nie mam pojęcia, co napisać o danej książce to jednak zaprzestałam już pisania segmentów opiniotwórczych, których długość wynosi mniej niż 200 słów (tyle właśnie napisałam o ,,Zanim się pojawiłeś’’ Jojo Moyes półtora roku temu). Nie recenzuję już wszystkiego, co przeczytam, a tylko to na co mam ochotę, przez co mam w sobie mniej spiny na zasadzie ,,Ale co ja napiszę o tej książce?’’. Co ciekawe i żenujące zarazem, nadal nie umiem w przecinki, a co rok przychodzi do mnie taka chandra na zasadzie ,,Dziewczyno, kto jeszcze czyta blogi?! Przecież to przestarzałe medium, które czytają tylko ci, co sami je tworzą. Przerzuć się lepiej na jutuba’’. Jak wiecie nigdy nie posłuchałam i nadal jestem w tym przestarzałym okienku, co to się samo nie czyta, ani nie porusza.

Co zmienia 100 tysięcy? Właściwie to nic oprócz tego, że taka okrągła liczba wygląda bardzo ładnie. Muszę jednak przyznać, że nie ma jakiejś magicznej nagrody za taki wynik – jednorożce nie śpiewają mi z tej okazji hymnów, wydawnictwa nie padają u moich stóp i nagle nie staję się poważnym blogiem. Wszystko jest po staremu tyle, że masz przez jakiś czas trochę większego kopa, tylko i aż tyle.

Czasami co prawda myślę czy podcast to nie byłaby lepsza sprawa, albo czy jutub nie pozwoliłby dotrzeć mi do większej ilości osób, ale suma summarum nic z tego myślenia nie wynika.

Obiecałam, że powiem trochę o korzyściach blogowania, no więc jakie one są?

Przede wszystkim ćwiczysz, a nie ma skuteczniejszego sposobu na naukę pisania jak samo pisanie. Pisząc bloga możesz zobaczyć jak ludzie odbierają twoje teksty (choć tym nie sugerowałabym się tak bardzo, bo często prawdziwe perełki są niestety niszą, ale i to się zmienia!), jak elastyczny jesteś w pisaniu – jak szybko jesteś w stanie napisać tekst, czy potrafisz przełamać jego formę (tutaj polecam zajrzeć przede wszystkim do Kasi i Uli, bo obydwie zrobiły coś woow, czyli napisały recenzję w formię wiersza) albo czy jesteś w stanie pisać posty niestandardowe, o trochę szerszym ujęciu, np. wpisy przekrojowe jakiegoś wątku, który zmieniał się latami itp. Moje zdanie potwierdzą blogi studentów polonistyki bądź dziennikarstwa, którzy czasami sami przyznają, że blogowanie jest dla nich świetnym ćwiczeniem na szlifowanie swoich umiejętności. Później zresztą możecie, poprzez swojego bloga, zacząć pisać dla kogoś, np. dla forów internetowych, co zawsze jest jakimś wstępem do poważniejszych zleceń. 

Często uczysz się podstaw marketingu – nie żeby była to jakaś wymagana cecha dobrego blogera. Po prostu siłą rzeczy, w końcu każdy zaczyna trochę grzebać w tym, dlaczego jedne posty są lepiej klikalne niż drugie albo z jakiego powodu wyszukiwarka Google nie pokazuje naszych postów, mimo iż odpowiadają wyszukiwanym hasłom. Nie gwarantuje, że blog nauczy cię wszystkiego, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że jego prowadzenia pozwoli ci na własnej skórze przetestować kilka zasad reklamy. 

Poza tym blog to szansa na przeżycie ciekawych doświadczeń. Prowadząc swoją stronę nierzadko kontaktujesz się z innymi blogerami i razem tworzycie projekty, z czasem pewnie ktoś cię dostrzeże i może nawet zaproponuje rolę prelegenta na jakiś targach lub czymś podobnym. Może zaczniesz też prowadzić inne formy przekazywania treści jak np. filmiki czy bardzo lubiane przeze mnie podcasty. Czy z bloga można się utrzymać? Wątpię, ale można za to budować swoją markę i dorabiać na reklamach (z tego co czytałam mówi tu o kwotach małych – 100/200 złoty miesięcznie). Blog to też – nie ukrywajmy – możliwość przedpremierowego czytania i otrzymywanie książek w zamian za recenzję, co – jak wszystko – ma dwa końce, ale chyba najlepsze jest to uczucie, kiedy wejdziesz na swój zakątek w sieci i powiesz ,,jestem tu od dwóch lat’’ albo ,,sto tysięcy razy jacyś ludzie postanowili przeczytać to, co napisałam’’. Także cieszę się, że tu jesteś. 


21

piątek, 6 kwietnia 2018

Co mogą powiedzieć nam kości zmarłych, czyli osobliwy przewodnik po anatomii ludzkiej – ,,Trupia Farma. Nowe śledztwa’’ Bill Bass i Jon Jefferson.

Nauki sądowe ostatnio zagościły jeśli nie w samej literaturze to w popkulturze i nie ma w tym nic dziwnego, bo z mojego punktu widzenia coraz więcej ludzi interesuję się tym, dlaczego ktoś zabija oraz jak takiego człowieka złapać. Podążając tym trendem wydawnictwo Znak Literanova przygotowało dla swoich czytelników, mogło by się wydawać, prawdziwą gratkę, bo poruszyło temat antropologii.  W założeniu książka ,,Trupia Farma. Nowe śledztwa’’ ma pomóc zrozumieć niewtajemniczonym, o co chodzi w antropologii, jak można ją praktycznie zastosować w śledztwach, ale także pokazać najciekawsze przypadki spraw kryminalnych, w których Bill Bass uzyskał odpowiedzi w sprawach zabójstw na podstawie końcówek cygar, spopielonego materiału kostnego, DNA bądź much i ich larw. Zapowiada się interesująco, ale czy tak jest naprawdę?


Jeśli z czymś wam się kojarzy nazwa ,,Trupia Farma’’ to istnieje kilka rozwiązań – po pierwsze, możliwe, że kojarzycie poprzednią książkę tych autorów, która nosiła właśnie taki tytuł i na szczęście jej znajomość nie jest potrzebna, aby czytać ,,Trupią Farmę. Nowe śledztwa’’, bowiem autorzy jedynie czasami odnoszą się do tamtego tytułu wskazując, iż pewien aspekt jest w tamtej pozycji szerzej ujęty, jednak co ważne wydarzenia z tamtej książki nie mają swojej bezpośredniej kontynuacji w tej. Nazwę ,,Trupia Farma’’ możecie również kojarzyć, dzięki innowacyjnemu projektowi Billa Bassa, gdyż wydzielił on specjalny teren i zacząć zakopywać tam martwe ciała, aby obserwować ich rozkład, o czym zresztą sam zręcznie opowiada na początku książki. Jeśli jednak żadna z tych odpowiedzi nie jest prawidłowa istnieje cień szansy, że nazwa świta wam dzięki serialom. Pomysł Billa znajduję swoje zastosowanie w ,,CSI: Las Vegas’’, ale także w serialu ,,The Body Farm’’ od BBC. 

Ujęcie pracy antropologów przez pryzmat popkultury to notabene krótki segment, który bardzo mi się spodobał – popkultura w książce nie jest demonizowana. Autorzy oddają sprawiedliwość twórcom wszelkiej maści kryminałów wyraźnie twierdząc, że z jednej strony produkcje policyjne uwrażliwiły społeczeństwo na to, iż miejsce zbrodni musi pozostać w nienaruszonym stanie, lecz z tej drugiej, ciemniejszej strony widać, iż wpływ popkultury może być także negatywny, co specjaliści nazywają zgrabnie ,,efektem CSI’’.  

To co rzuciło mi się w oczy już od pierwszej rozdziału to fakt, iż książkę trudno zakwalifikować ze względu na formę – z jednej strony pozycja przystaje na popularno-naukową, z drugiej styl pisania jest tak bardzo gawędziarski i pokręcony, że momentami chciałoby się powiedzieć, iż to pamiętnik, a nie kompendium wiedzy dla początkujących w dziedzinie nauki sądowej (czyt. zainteresowanych ową dziedziną). Nad stylem zresztą chciałabym się jeszcze na chwilę zatrzymać, bo mam do niego kilka obiekcji. Przed chwilą napisałam, że sposób w jaki napisana jest książka, jest nieco gawędziarski i to podtrzymuje – tyle, że to nie jest gawędziarstwo napełnione anegdotkami i żywym, kolokwialnym językiem... Powiedziałabym, iż to gawędziarstwo stereotypowego, zdystansowanego oraz stonowanego Anglika, czyli niby mówimy dużo i nie do końca na temat, jednocześnie czyniąc naszą wypowiedź poważną. To jest zresztą piętą Achillesową tej książki – dużo niepotrzebnych informacji, które często wcale nie wzbogacają książki, a jedynie sprawiają, że często zbaczamy z głównego tematu. Żeby nie być gołosłownym podam kilka przykładów (spokojnie, będzie bez spoilerowo). 

Na początku autor wybitnie często mówi o swoim życiu zawodowym, opisując sytuację prozaiczne albo przynajmniej takie, które choć są ciekawe, nadal niezbyt wiele mówią nam o antropologii. Bill Bass opowiada jak pojechał do Iranu, aby tam badać ciekawą sprawę trzech mężczyzn i misy; sytuacja wygląda tak, że odkopano szkielety trzech biegnących facetów (wskazywało na to ułożenie kości) oraz jednej, bogato zgubionej misy, przez co wszyscy byli ciekawi, jaką historię dzielą ci ludzie. Nasz naukowiec tam pojechał, lecz zanim dowiedziałam się czegokolwiek o tej sprawie musiałam przejść przez gąszcz pierdołek. Porównałabym to do robaka i róży – robak będący na ziemi i chcący dostać się do płatków kwiatu, musi przejść całą łodygę i w trakcie swej eskapady, omijać zwinnie kolce, aby dostać upragnioną nagrodę. Robakiem w tej metaforze jestem ja, książka jest różą, kolce niepotrzebnymi wtrąceniami autorów, a płatki kwiatów tym po co w ogóle wyruszyłam w tę trasę, czyli wiadomościami o antropologii. 

Kolce autorów są różnych rozmiarów i wagi, np. w przypadku podróży do Iranu główny protagonista poczęstował mnie informacją, iż przed lotem na właściwe miejsce odwiedził Stonehenge (żadnej refleksji nad kilkoma tysiącami lat historii, po prostu sucha informacja na zasadzie byłem – odwiedziłem), że w Iranie jest korupcja, a jezioro Urmia (będące dopływem czegoś) i leżące gdzieś, przypomina Wielkie Jezioro Słone w stania Utah oraz ma właściwości łagodzące reumatyzm i inne schorzenia. Bill powiedział mi także co króluje w tamtejszym (irańskim) rolnictwie oraz opisał życie Hasańczyków (Hasańczycy żyją w Iranie), którzy budują domy z cegieł suszonych na słońcu, używają zwierzęcego łajna do ogrzania się i choćby z samego względu na tę odmienność życia codziennego temat sam w sobie jest interesujący, jednak nikt nie spodziewał się takich elaboratów w powieści o – bądź co bądź – trupach. 


Bill Bass i Jon Jefferson cierpią – moim zdaniem – na coś, co roboczo można nazwać przypadkiem researchera, mianowicie obydwoje (albo tylko jeden z nich, a drugi nie miał siły protestować) znaleźli tak dużo informacji, że teraz chcą to wszystkim pokazać, bo żal im wycinać, choćby fragmentu na temat tego, kogo studentką była jakaś osoba, skąd ją znają lub koło jakiego miasta leży randomowe miasteczko w Ameryce. Choć wieści o tym, ile mieszkańców posiadają miasta, ich zarysy historyczne i opowieści, o tym jak znaleźli ropę, jak rozkochali się w whiskey bądź jak wiele japońskich samolotów zastrzelił McGuire nie przypadły mi do gustu to muszę też przyznać, że to nie jest tak, iż w książce nigdy nie ma ciekawych informacji, np. w pewnym rozdziale o wadzę owadów w nauce, znajduje się historia o tym jak już w bodajże XIII wieku użyto much, aby rozwiązać sprawę kryminalną. Może nawet nie chodzi o same wstawki, ale ich długość – w pewnym segmencie znajduje się np. opowieść pewnej kobiety, zajmującej się nakładaniem gliny na czaszki zmarłych. Brzmi to bardzo dziwnie, lecz Joanna ma tytuł naukowy z sztuki sądowej i zajmuje się rekonstruowaniem twarzy zmarłych. Autorzy zdecydowali się na napisanie kilku słów o przeszłości kobiety i właściwie nie ma w tym nic złego, bo historia jest ciekawa (choć właściwie także zbędna) – problem w tym, że jest za długa. Gdyby była bardziej skondensowana problemu by nie było i chyba właśnie te zdanie mogę odnieść do całej książki. Wtrącenia nie są złe, ale muszą być zastosowane wówczas  odpowiednie proporcję, a treść owych wstawek powinna być zredukowana.  

Z ważnych jeszcze rzeczy po przeczytaniu ,,Mindhuntera’’ (innej pozycji o naukach sądowych – psychiatrii) czuję się w obowiązku, aby donieść, czy ta bardziej pamiętnikowa konwencja nie wpływa na to, iż dostajemy zbyt dużo życia prywatnego naukowca. Odpowiedź brzmi nie. Autorzy właściwie nie poruszają tematu swojego domowego zacisza – jedynie dwa razy (liczyłam) Bill napomina w jednym zdaniu, że musiał zostać w domu, ponieważ jego żona miała nowotwór. Te dwurazowe ogłoszenie autora o chorobie żony uświadomiło mi również, że rozdziały wyglądają na pisane bez większego porządku – jeśli jest w nich chronologia to na tyle chaotyczna, że właściwie nie jestem pewna, czy ona tam występowała, czy też nie. 

Poza tym książka jest osobliwa jeśli chodzi o rozdziały – autorzy podzielili niektóre sprawy na dwa, a nawet trzy rozdziały, co nie jest głupie biorąc pod uwagę, że niektóre przypadki dzieją się na przełomie dekad, lecz umieścili je nie zawsze obok siebie, czyli przykładowo sprawa z rozdziału drugiego jest kontynuowana później w rozdziale trzynastym (sytuacja autentyczna). Wybijało mnie to trochę z rytmu i co ważniejsze, nic by się właściwie nie zmieniło, gdyby jeden rozdział był po drugim. 

Będąc jeszcze przy rozdziałach bardzo miło wspominam postscriptum, które autorzy stosowali, kiedy sprawa wymagała jakiegoś uaktualnienia. Był to po prostu króciutki fragment tekstu oddzielony kreską i napisem postscriptum – informacje były zwięzłe, rzeczowe i zaspokajały ciekawość szczególnie w momentach, kiedy oryginalna historia kończyła się niewiadomą, czyli czytelnik nie widział czy przestępca został aresztowany, czy też nie. W sprawie aresztowań mogę jeszcze dodać, iż przypadł mi do gustu realizm książki, gdyż ,,Trupia Farma. Nowe śledztwa’’ nie tylko mówi o historiach łatwych i przyjemnych (o ile historię o zwłokach mogą takie być), ale także o sprawach skomplikowanych oraz takich, gdzie nauka zawiodła.


Z rzeczy sympatycznych i pomocnych muszę jeszcze wymienić aneks, który świetnie zaznajamia z anatomią ludzką, gdyż zawiera kilka ilustracji, przedstawiających kości ludzkie oraz słownik pojęć antropologicznych i sądowych. Nie uważam, żeby książka zawierała na tyle skomplikowaną terminologię, aby dodatkowe objaśnienia były niezbędne, lecz taki dodatek zawsze jest miły.


Na koniec jeszcze o kwestiach kosmetycznych. To co szybko wychwyciłam, a pewnie wiele osób nawet się nad tym nie zastanowi, to pewne uproszczenie na temat Niemców. W autorach panuje przekonanie, że wszyscy Niemcy są skrupulatni i skoro poznali jednego skrupulatnego Niemca osobiście, to na pewno cała nacja tak ma – głupota i duża generalizacja przy okazji, ale było to jedno krótkie zdanie, nigdy więcej nie powtarzane, więc można przymknąć oko (a najlepiej dwa). Raz też trochę gryzła mi się treść, bowiem autor najpierw piszę, iż z całą pewnością denatem jest mężczyzna rasy kaukazoidalnej (białej), po czy wychodzi na jaw, że zmarły był mężczyzną, lecz rasy negroidalnej (czarnej). I jak pisałam wcześniej to, że ktoś się pomylił całkowicie mi nie przeszkadza – właściwie to się cieszę, że takie przykłady są umieszczone w książce. Mój problem był w tym, że ten fragment wyszedł jakoś dziwnie; brakowało mi jednego zdania na zasadzie ,,pomyliłem się, mężczyzna był czarny’’, bowiem ten segment wyszedł trochę tak jakby ktoś nagle zboczył z ścieżki i zapomniał czegoś dopisać. Nie insynuuje specjalnego działania któregokolwiek z autów, bo wcześniej żaden z panów nie miał problemu z powiedzeniem ,,heej, Bill się pomylił’’ – po prostu ten fragment wyszedł mętnie. I tyle.

Resumując, nie będzie to moja ulubiona pozycja – zapewne za kilka miesięcy będę ją pamiętać jak przez mgłę. Nie dlatego, że była zła, tylko z powodu nijakości. Temat choć ciekawy został położony przez zbyt dużą rozwiązłość autorów i chaos. Może gdyby forma została zmieniona z pamiętnikowej na bardziej zwięzłą i popularno-naukową wyszłoby inaczej. Niemniej jednak oceniając stan obecny jestem troszeczkę zawiedziona i jednocześnie nie wiem, komu polecić tę książkę – dla początkujących może być za bardzo off-topowa (nie na temat), dla zaznajomionych z antropologią zbyt oczywista. Zostawię was, więc z wszystkimi zaletami i wadami tej książki, abyście sami mogli podjąć decyzję. 

Wskazówki wydedukowane z myślą o łowcach potworów. 
Tytuł: ,,Trupia Farma. Nowe śledztwa’’
Tytuł oryginalny: „Beyond the Body Farm. A Legendary Bone Detective Explores Murders, Mysteries, and the Revolution in Forensic Science”
Autorzy: Bill Bass i Jon Jefferson
Wydawnictwo: Znak Literanova 
Tłumacz: Janusz Ochab
Liczba stron: 304 strony

Recenzja powstała przy współpracy z wydawnictwem Znak Literanova, jednak wszystkie wyrażone w niej opinie są moimi własnymi.

14

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Serialowe zapowiedzi / kwiecień 2018

Początek miesiąca to na blogu zawsze czas zapowiedzi serialowych – nie inaczej jest tym razem. Zapraszam więc na przejrzenie kilku tytułów, które będzie można zobaczyć w kwietniu. 

,,Ordeal by Innocence” 1 kwietnia
Stacja: BBC One Kraj: UK Ilość odcinków: - Długość odcinków: - Opis: Miniserial na podstawie powieści Agathy Christie pod tytułem ,,Próba niewinności”. Akcja rozgrywa się w w roku 1954 i dotyczy morderstwa filantropki, Rachel Argyle, która zostaje zabita w własnym domu. Podejrzanym staje się jej adoptowany syn, który jednak umiera, nim dochodzi do rozprawy. Półtora roku później domostwo Argyllów odwiedza tajemniczy mężczyzna, twierdzący, że ma dowody na niewinność przybranego syna Rachel. Sęk w tym, że rodzina zmarłej nie jest zainteresowana grzebanie w przeszłości.
Zwiastun:


The Crossing2 kwietnia
Stacja: ABC
Kraj: USA
Ilość odcinków: 11
Czas trwania odcinków: ok. 40/45 minut
Opis: Jude Ellis  szeryf w małym miasteczku – chcę odbudować spokojnie życie dla siebie i swojego syna, jednak jego plany ulegają modyfikacji, gdy morze wyrzuca na okoliczną plażę ponad czterdziestu uchodźców. Aby było jeszcze zawilej, okazuje się, iż owi uchodźcy są z przyszłości i uciekają przed wojną, która ma wybuchnąć za kilka (może nawet kilkadziesiąt lat). Podczas gdy federalni szukają prawdy o tajemniczych uciekinierach, Jude Ellis bierze sprawy we własne ręce i rozpoczyna śledztwo z pomocą lojalnego zastępcy szeryfa i lokalnego rybaka, Nestora Rosario.
Zwiastun:


„Kiss Me First” 2 kwietnia
Stacja: Channel 4
Kraj: UK
Ilość odcinków: 6
Czas trwania odcinków: ok. 60 minut
Opis: Leila – nieśmiała nastolatka – poznaje w grze, która jest uważana za raj, Tess. Nowa znajoma jest całkowitym zaprzeczeniem niewinnej Leili, gdyż Tess prowadzi bardziej hedonistyczny i pełen przygód tryb życia. Tak więc, gdy Tess pojawia się w prawdziwym życiu Leili bez zaproszenia, siłą rzeczy życie głównej bohaterki zaczyna się zmieniać. Wówczas też Leila zaczyna nabierać podejrzeń, że być może ukryta kraina nie jest cyfrowym Edenem, jak nazywa go twórca gry.
Zwiastun:

,,The Last O.G.” 3 kwietnia
Stacja: TBS Kraj: USA Ilość odcinków: 10 Długość odcinków: ok. 30 minut
Opis: Tray po 15 latach więzienia wraca do normalnego życia, a właściwie próbuje, bo okazuje się, że życie na Brooklynie bardzo się zmieniło, a były więzień musi przystosować się do nowych standardów. Zwiastun:

„Deep State” 3 kwietnia
Stacja: FOX Kraj: UK Ilość odcinków: 8 Długość odcinków: ok. 45/50 minut
Opis: Były szpieg Max Easton przed laty rozpoczął nowe życie we francuskich Pirenejach, mając nadzieję, iż uda mu się prowadzić normalne, spokojnie życie. Mimo ogromnych chęci mroczna przeszłość nie daje mu o sobie zapomnieć, przez co mężczyzna musi wrócić do poprzednie pracy, czyli do bezwzględnego światu wywiadu.Od tej pory musi walczyć o życie własne i swoich bliskich. Akcja serialu rozgrywa się w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych, Libanie i Francji.
Zwiastun:

,,National Treasure: Kiri 4 kwietnia
Stacja: Hulu Kraj: USA Ilość odcinków: 4 Długość odcinków: - Opis: Młoda, czarna dziewczynka ma być adoptowana przez białą rodzinę klasy średniej, jednak dziecko znika podczas wizyty pracownika opieki społecznej, Miriam. Sprawa staje się głośna, a wszyscy wzięci pod lupę – zarówno biologiczna rodzina dziewczynki, jej niedoszła rodzina oraz sama pracownica, Miriam.
Zwiastun:


„Rekyl” 5 kwietnia
Stacja: TV3 Kraj: Norwegia Ilość odcinków: - Długość odcinków: - Opis: Serial na podstawie prawdziwych wydarzeń; podczas nalotu policyjnego na siedzibę handlarzy narkotyków, ginie jeden z przestępców, a pozostali trafiają do więzienia. Narkotyki i pieniądze przepadają bez śladu. Kilka lat później z więzienia zwolnieni próbują dociec, co stało się z pieniędzmi i towarem. Szybko okazuje się, że za całą sprawą stoją skorumpowani policjanci.
Zwiastun: -


,,The Terror 5 kwietnia
Stacja: AMC Kraj: USA Ilość odcinków: - Długość odcinków: -
Opis: Nowy serial AMC to ekranizacja powieści Dana Simmonsa, opowiadającej o wyprawie Królewskiej Marynarki Wojennej, która w 1847r. wyruszyła na poszukiwanie Przejścia Północno-Zachodniego, czyli drogi morskiej z Europy do wschodniej Azji, prowadzącej przez Archipelag Arktyczny. Ekspedycja dwóch okrętów była równie śmiała, co niebezpieczna, o czym szybko przekonają się jej uczestnicy, którzy będą musieli zmierzyć się z tajemniczym zwierzęciem, nieprzyjaznymi warunkami oraz środowiskiem.
Zwiastun:

,,La Casa de Papel 6 kwietnia
Stacja: Netflix Kraj: Hiszpania Ilość odcinków: w oryginale 6 Długość odcinków: w oryginale ok. 90 minut Opis: Ośmioro przestępców barykaduje się z zakładnikami w hiszpańskiej mennicy. W międzyczasie geniusz wśród złodziei manipuluje policją, by zrealizować swój plan.
Zwiastun:


„The Boss Baby: Back in Business” 6 kwietnia
Stacja: Netflix Kraj: USA Ilość odcinków: 13 Długość odcinków: ok. 25 minut Opis: Serial animowany będący spin-offem filmu „The Boss Baby” z 2017 roku. Tym razem Boss Baby zaprasza swojego starszego brata, Tima, do siedziby Baby Corp, by nauczyć go robienia interesów.
Zwiastun:



„The City & The City” 6 kwietnia
Stacja: BBC Two Kraj: UK Ilość odcinków: 4 Długość odcinków: - Opis: Serial ma być adaptacją powieści China Miéville’a o tym samym tytule. W mieście Besźel zostaje znalezione ciało zamordowanej kobiety. Zajmujący się tą sprawą inspektor odkrywa, że nie trafił wyłącznie na ślad zbrodni, ale także ogromnego spisku, który ściągnie na niego ogromne niebezpieczeństwo.
Zwiastun:


„An American Murder Mystery: The Staircase” 8 kwietnia
Stacja: Investigation Discovery Kraj: USA Ilość odcinków: 3 Długość odcinków: - Opis: Sprawa śmierci Kathleen Peterson była bardzo głośna na terenie Stanów Zjednoczonych. 9 grudnia 2001 roku jej mąż i pisarz powiadomił policję, iż kobieta upadła ze schodów po spożyciu dużej ilości alkoholu i leków. Zginęła na miejscu. Choć badania toksykologiczne potwierdziły słowa męża, ilość krwi, która znajdowała się na miejscu zbrodni, świadczyła o tym, że kobieta nie zginęła jedynie od upadku. Policja stwierdziła, że kobieta musiała zostać raniona w głowę wiele razy i to spowodowało zgon. Podejrzenia spadły na męża, a rozprawa jedynie potwierdziła przypuszczenia. Michael Peterson został skazany na dożywocie, jednak 8 lat później pojawiły się nowe fakty w sprawie. Mężczyzna został zwolniony i otrzymał prawo do ponownego rozpoczęcia procesu. Tajemnicza śmierć kobiety wciąż nie jest wyjaśniona.
Zwiastun: -


„Ballmastrz: 9009” 8 kwietnia
Stacja: Adult Swim Kraj: USA Ilość odcinków: 4 Długość odcinków: ok. 15 minut Opis: Gaz Digzy to imprezowa supergwiazda, która za swoje destrukcyjne wybryki zostaje przeniesiona do najgorszego zespołu – The Leptons. Jedyną drogą na szczyt jest doprowadzenie nieudaczników do zwycięstwa w brutalnej grze.
Zwiastun:

,,Howards End8 kwietnia
Stacja: Starz i BBC One Kraj: UK Ilość odcinków: 4 Długość odcinków: - Opis: Serial na postawie powieści E.M. Forster'a opowiada o Anglii na początku XX wieku. Odchodzi wówczas stary świat, którego symbolem jest Howards End, wiekowe wiejskie domostwo. To właśnie w tym miejscu rozgrywają się perypetie dwóch wyemancypowanych sióstr.
Zwiastun:
,,Killing Eve 8 kwietnia
Stacja: BBC America Kraj: USA Ilość odcinków: 8 Długość odcinków: ok. 60 minut Opis: Serial oparty jest na powieści „Villanelle” autorstwa Luke'a Jenningsa i opowiada o dwóch niezwykle inteligentnych kobietach: psychopatycznej morderczyni Villanelle oraz przykutej do biurka pracowniczki ochrony Eve, która będzie usiłowała ją schwytać
Zwiastun:


„In Contempt” 10 kwietnia
Stacja: BET Kraj: Kanada Ilość odcinków: 10 Długość odcinków: - Opis: Fabuła skupia się na Gwen Sullivan, pracującej w Nowym Jorku prawniczce, która dzięki swojej pasji i ogromnemu zaangażowaniu uważana jest za najlepszego adwokata w okolicy.
Zwiastun: -

„America Inside Out With Katie Couric” 11 kwietnia
Stacja: National Geographic Kraj: USA Ilość odcinków: 6 Długość odcinków: - Opis: Dziennikarka Katie Couric podejmuje się badania problemów, z jakimi Amerykanie muszą zmierzać się każdego dnia. Porusza tematykę dyskryminacji rasowej, feminizmu, jak również innowacji technologicznych.
Zwiastun:


„Chef’s Table: Pastry” 13 kwietnia
Stacja: Netflix Kraj: USA Ilość odcinków: 4 Długość odcinków: ok. 45 minut Opis: Serial skupia się na życiu sześciu znanych, międzynarodowych szefów kuchni.
Zwiastun: 

,,Lost in Space13 kwietnia
Stacja: Netflix Kraj: USA Ilość odcinków: 10 Długość odcinków: ok. 60 minut Opis: Rodzina Robinsonów zostaje wybrana do przeniesienia się w kosmos i rozpoczęcia kolonizacji w odległej galaktyce. Podczas podróży nieszczęśliwie zbaczają z kursu, przez co znajdują się ata świetlne od wyznaczonego celu, co z kolei musza ich do odnalezienia się w nowej, nieznanej im rzeczywistości. Miejsce, do którego trafili, jest niezwykle niebezpieczne i bardzo odległe od przestrzeni, w której mieli rozpocząć nowe życie.
Zwiastun:
,,It Was Him: The Many Murders of Ed Edwards16 kwietnia
Stacja: Paramount Network Kraj: USA Ilość odcinków: 6 Długość odcinków: - Opis: Wnuk seryjnego mordercy, Edwarda Edwardsa i pewien detektyw próbują udowodnić, że Edwards stał za dużo większą ilością zbrodni niż my przypisano. Prowadzący uważają, iż Edward może być odpowiedzialny m.in. na niektórego zabójstwa przypisywane Zodiakowi.
Zwiastun:

„Civilizations” 17 kwietnia
Stacja: BBC Kraj: UK Ilość odcinków: 9 Długość odcinków: - Opis: Serial jest zainspirowany inną, przełomową serią BBC, którą stworzył Kenneth Clark w 1969 roku. Teraz nowa, dziewięcio-częściowa seria BBC wprowadza młodsze pokolenie do wielkich arcydzieł piękna i pomysłowości, przedstawiając różne historie zachodniej sztuki, architektury i filozofii od czasów średniowiecza.
Zwiastun:

„AMC Visionaries: James Cameron’s Story of Science Fiction”
Stacja: AMC Kraj: USA Ilość odcinków: 6 Długość odcinków: - Opis: Serial skupia się na postaci Jamesa Camerona – uznanego reżysera i producenta filmów o tematyce science fiction. W każdym z odcinków wybitny twórca odkrywa początki fantastyki naukowej oraz przekazuje zdobytą przez lata wiedzę. Przeprowadza rozmowy z wieloma, równie zasłużonymi osobistościami w tym gatunku, m.in. ze Stevenem Spielbergiem, Georgem Lucasem, Ridleyem Scottem czy Christopherem Nolanem.
Zwiastun: -


Oprócz tego na ekrany po przerwie wracają takie seriale jak:

  • ,,Legion”,
  • ,,Ransom”,
  • ,,New Girl”,
  • ,,The Expanse”,
  • ,,Bosh”,
  • ,,Fear the Walking Dead”,
  • ,,The Originals”,
  • ,,Into the Badlands”,
  • ,,Westworld”,
  • ,,The 100”,
  • ,,Genius”,
  • ,,Archer”,
  • ,,Brockmire”,
  • ,,Code Black”,
  • ,,The Handmaid’s Tale”,
  • ,,Quantico”,
  • ,,Elementary”.
To już wszystko na dziś – któraś z ponad 20 premier szczególnie wpadła wam w oko?

Oczywiście nikogo za drzwi nie wyganiam – to był po prostu jeden z nielicznych gifów, który był w niezłej rozdzielczości i przy tym mi się podobał. 

13

sobota, 24 marca 2018

Za tym biegały moje oczy, czyli worek filmowych opinii.

Oglądanie filmów to dla mnie czynność zupełnie nienaturalna – seriale? Zawsze. Książka? Z chęcią. Ale od struktury filmowej bardzo często się odbijałam jak piłka podczas meczu NBA, jednak do rzeczy, bo mam zamiar powiedzieć wam trochę o siedmiu niezłych filmach oraz jednym spektaklu, który będzie można zobaczyć jeszcze kilkakrotnie w Multikinie. 

Trzy filmy  jeden aktor, czyli Robert Downey Jr. w trzech całkowicie odmiennych rolach. 
,,Chaplin’’  ,,The Judge’’  ,,Charlie Bartlett’’ 

Pod wpływem chwili odpaliłam ,,Chaplina’’  film biograficzny o Charlie Chaplinie. Zacznę od wniosków najoczywistszych, czyli w filmie Downey Jr. bryluje jako świetny aktor i to nie tylko moje zdanie, bo Akademia przyznała mu za tę role nominację do Oscara – co prawda nagrody ostatecznie nie zgarnął, aczkolwiek mam silnie przeczucie, że nawet gdyby wszyscy inni nominowani byli gorsi, to aktor obszedłby się smakiem tylko dlatego, że Akademia Filmowa nie nagradza tak młodych aktorów męskich ,,bo przecież jak raz zagrali tak dobrze, to jeszcze pewnie ten sukces powtórzą’’. Jest to o tyle zabawne, że jedna dobra rola w okresie młodzieńczym nie zwiastuje kolejnych oscarowych ról, bo czasami nawet świetnie zapowiadające się kariery upadają, a poza tym nigdy nie wiadomo, kiedy kolejny raz będzie szansa na rolę, która tak świetnie pasuje do oscarowych nominacji. Downey Jr. na własnym przykładzie uosabia obydwa przypadki – najpierw zniknął w niesławie z powodu uzależnień, natomiast teraz grywa w produkcjach, które może i wymagają od niego talentu, ale definitywnie nie są oscarowe.

Co do samej produkcji – dobrze ukazuje życie głównego bohatera, więc jeżeli ktoś interesuje się kinem, a co za tym idzie Chaplinem, to film może dać taką podstawową wiedzę na temat postaci. Później można zdecydować czy wiedzę tę chce się pogłębiać, czy może zaprzestać na podstawowych informacjach. Naturalnie, nie spodziewajcie się pełnego przekroju życia, gdzie każdy wątek jest dokładnie omówiony i przeanalizowany. ,,Chaplin’’ jest raczej pewnym streszczeniem, które bardziej skupia się na późniejszych etapach życia Charliego niż na czasach młodzieńczych. 

Film pokazuje też dość smutną stronę tworzenia, która tyczy się szczególnie kultury i sztuki możesz tworzyć wspaniałe, ponadczasowe dzieła i zbierać baty za ich stworzenie. Chaplin co prawda nie należy do ludzi, którzy nagrodę dostali dopiero pośmiertnie (bo Oscara dostał jako starszy człowiek, co zresztą jest chyba najtkliwszym wideo z wszystkich ceremonii wręczania nagród, jakie kiedykolwiek widziałam, mimo iż obdarowywany nie mówi ani słowa), lecz przez długi czas był na tzw. czarnej liście Hollywood.

To wszystko, co o tym filmie mogę powiedzieć oprócz polecam i zobaczcie (bo warto).


Później uznałam, że Robert dobrym aktorem jest, więc czas nadrobić jego filmografię – idąc za ciosem zobaczyłam ,,The Judge’’ (,,Sędziego’’), czyli film o trudnej relacji ojca z synem. Downey Jr. gra tam niby tę samą postać co zawsze  pewnego siebie bogacza   jednak ma tam takie sekwencję dramatyczne, że fanowskie serce płata wręcz fikołki, bo w pewnym momencie aktor musi przestać grać na autopilocie i wczuć się w postać. Poza tym operator kamery wyraźnie uwielbia aktora, bo pokazuję go z takich perspektyw, że zawsze wygląda świetnie. Albo po prostu Downey Jr. naprawdę zawsze wygląda tak dobrze? Trudno osądzić.

W każdym razie jest to film, który całkowicie mnie trafił, ponieważ uwielbiam produkcje, opierające się na nieromantycznych interakcjach między bohaterami. Żeby cały wpis nie zamienił się w hymn pochwalny ku zdolnościach jednego aktora pochylmy się również nad samą fabułą – punkt wyjścia jest dość prosty. Hank, bogaty prawnik, musi wrócić do rodzinnego miasteczka na pogrzeb matki. Jako, że jego kontakt z rodziną był, jak dotąd ograniczony przez spór sprzed lat, mężczyzna od razu po ceremonii chcę wyjechać, jednak zatrzymuje go nie lada wieść  jego ojciec, szanowany sędzia, jest podejrzany o zabójstwo. Prawnik zostaje, aby dopilnować sprawy ojca. 

Co w tej fabule jest poruszającego? Przede wszystkim niewiedza. Nie wiemy, czy naprawdę sędzia Palmer  kogoś zabił  główny bohater daje sobie rękę obciąć, że nie, ale czy nie tak postąpiłby każdy syn? Nie wiemy też, co tak bardzo poróżniło tę dwójkę, że nawet przy pogrzebie najbliższej dla nich kobiety, nie potrafią się porozumieć. Poza tym wszystkie uczucia się tu czuję  złość, nieporadność, frustrację czy zwątpienie. Film nie wpada też w tę hollywoodzką pułapkę słodko-pierdzących zakończeń, przez co wydaje się historią realistyczną, a może nawet trochę surową.

Mimo całej mojej sympatii do filmu, radzę nastawić się bardziej na dramat obyczajowy niż prawniczo-kryminalny film, bo choć jest tam kilka  w moim przekonaniu  mocnych scen sądowych to jednak nie tym stoi film i też nie na tych aspektach się skupia.


Na koniec mojego eksplorowania filmografii Downeya Jr. trafiłam na ,,Charliego Bartletta’’; film o dorastających nastolatkach, którzy nie do końca mogą się odnaleźć w panującej rzeczywistości. Z jednej strony chcą być dorosłymi i samodzielnie decydować, z drugiej pragną wyrwać się z społecznych oraz rodzicielskich oczekiwań. Sama produkcja jest dość przeciętna i mało zaskakująca, jeśli chodzi o kino ,,dla nastolatków'' i ,,o nastolatkach'', jednak sama rola Roberta dla mnie ten film ratuje. Nie dlatego, że bez niego nie byłoby tego filmu. Bo byłby, i pewnie wyglądał całkiem podobnie. Po prostu jest to dobry aktor i w czymkolwiek by nie grał, to robi to świetnie.

W samym filmie brakowało mi ciekawych wątków  gdzieś tam pojawiał się alkoholizm, depresja, spełnianie marzeń, wkraczanie w dorosłe życie czy brak wsparcia ze strony rodziców, lecz te wszystkie wydarzenia stanowiły raczej dobudówki do głównego pomieszczenia, którym była idea, że dzieci to tylko dzieci i czasami potrzebują pomocy, choć to nie znaczy, że nie mogą podejmować takich decyzji jak to do jakiej szkoły pójdą czy jaki zawód wybiorą. Wszystko brzmi fajnie, ale gdzieś się po drodze rozmywa. Można zobaczyć i nawet się uśmiechnąć, bo to wbrew pozorom taki ciepły film, ale zanim zasiądziecie przed telewizorami, trzeba  się nastawić na trochę scen kiczowatych, trochę frazesów po stokroć powtarzanych i tyćkę prawd oczywistych. 


Język literacki w przekładzie na język filmu, czyli jak nie utracić magi ducha.
,,Wonder’’

Skoro już jesteśmy przy filmach ciepłych to obowiązkowo pomówmy o ,,Cudownym chłopaku’’ (,,Wonder’’). Nie mam zbyt wiele do powiedzenia głównie z powodu dubbingu, bowiem oglądanie filmu aktorskiego z dubbingiem zawsze jakoś wpływa na moją percepcję i całkowicie zaburza mi pogląd na grę aktorską – w końcu jak ją ocenić, gdy nie słyszy się jednego z ważniejszych czynników, głosu. 

,,Cudowny chłopak'' jest na pewno wierną ekranizacją książki, co wnioskuje po wylanych przeze mnie na seansie łzach. Teoretycznie film tak samo jak ,,Charlie Bartlett’’ mówi rzeczy oczywiste, typu ,,nie patrz na wygląd’’, ale robi w to sposób uroczy i na pewno nie nowy, ale taki, który cały czas wzbudza dużo emocji – tutaj zresztą należą się brawa aktorom dziecięcym!


Biografie wielkich umysłów, czyli jak pokazać naukowca. 
,,Theory of Everything’’

,,Teorii wszystkiego’’ (,,Theory of Everything’’) trudno  nie wspomnieć i jednocześnie bardzo trudno napisać mi coś mądrego. Dla mnie jest to przede wszystkim film, który pokazał mi kim jest Stephen Hawking i jak niesztampowo potrafi rozmawiać o nauce, a tego chyba nam trochę brakuje – szczególnie w dziedzinie tak zawiłej jak fizyka. I choć film mówi o osobie wspaniałej to sam nie jest idealny. Na początek jednak plusy – muzyka i aktorstwo to coś, czym właściwie stoi ta produkcja. Słabiej jest natomiast w kwestiach scenariuszowych z kilku względów. 

Po pierwsze film trochę omija prace naukowe Hawkinga, a właściwie proces ich tworzenia, co jest rozczarowujące, bo jeśli nie podejmujemy tematu, dlaczego nasz naukowciec jest genialnym naukowcem albo co go wyróżniało (a u Stephena był to sposób opowiadania o nauce i rzeczach niezwykle złożonych) no to jak zainteresujemy ludzi postacią? Po drugie film w pewnym momencie więcej niż o głównym bohaterze mówi o jego żonie i to z kolei mogło się jeszcze jakoś obronić tyle, że nastąpił jeden zasadniczy problem – twórcy insynuują pewne wydarzenia, ale nigdy nie mówią ,,tak, to się stało’’ albo ,,nie, było inaczej’’. Hawking i jego żona na ekranie zdają się  być szczęśliwym małżeństwem, lecz czasami pojawiają się sekwencję, w których ktoś próbuje nam pozostawić trop mówiący, że może jednak nie było tak idealnie – tyle, że nic nigdy nie jest powiedziane wprost. To trochę tak jakby ktoś chciał coś powiedzieć, ale za bardzo bał się jak na to zareaguje żyjące jeszcze wtedy byłe małżeństwo.

Nie żałuje czasu poświęconego na ten film, bo zwyczajnie lubię filmy historyczne skupione na wybitnych jednostkach – jest to świetny początek zapoznania się z sylwetkami naukowców, jednakże zdaję sobie sprawę, że gdyby była to produkcja o jakimś wyimaginowanym człowieku to z pewnością powiedziałabym, że jest to film słaby – mimo świetnej muzyki i dobrego aktorstwa. 



Miłość, którą czuć, czyli letni romans, odbiegający w siną dal z Oscarem.
,,Call me by your name’’

Wracając jeszcze do takiej małej, niszowej, amerykańskiej imprezy jaką są Oscary obejrzałam ,,Tamte dni, tamte noce’’ (,,Call me by your name’’) i... W sumie to nie do końca wiem, co powiedzieć, bo film mi się podobał, był przepiękny wizualnie i dawno nie widziałam produkcji, która podzieliłaby tak publiczność. Jednym nie podoba się nic, a inni chwalą właściwie wszystko. Troszeczkę żałuje, że Timothée Chalamet musiał się mierzyć o Oscara za aktorstwo z Garym Oldmanem, bo gdyby nie to, mogłabym w spokoju powiedzieć, że na tę nagrodę zasługiwał.

Film jest przesiąknięty klimatem wakacji, erotyką i pewnym poczuciem, że gdy te uginające się od owoców drzewa, stracą liście to nie tylko zmieni się krajobraz, ale także zakończy się pewien etap w życiu naszych bohaterów. I w istocie tak jest.


Zabić potencjał, czyli film, którego mogłoby nie być. 
,,Every Day’’

Pod koniec miesiąca poszłam na ,,Każdego dnia’’ (,,Every Day’’) i... To był film przenudny. Ale od początku; film opiera się na książce Davida Levithana pt. ,,Pewnego dnia’’  główna bohaterka, Rhiannon, w końcu spędza wymarzony dzień ze swoim chłopakiem, śpiewają razem piosenki, nie rozmawiają tylko o sporcie, a Justin w końcu nie tylko mówi, ale także słucha. Niestety, okazuję się, że to nie z Justinem dziewczyna spędziła czas, lecz z innym chłopakiem o imieniu A. Owa postać codziennie budzi się w innym ciele, lecz cały czas są to osoby w podobnym wieku i mieszkające gdzieś w okolicy. Jak można się domyślić A i Rhiannon zatrzepoczą do siebie rzęsami, przez co historia szybko zamieni się w sztampową produkcję o miłości, która musi dużo znieść i przezwyciężyć (miłość, nie historia).

Moim pierwszym zarzutem jest wszechobecna nuda. Większość scen wygląda tak samo tyle, że z innymi aktorami, przez co podczas seansu miałam wrażenie, że jestem w pętli czasu iście z ,,Dnia świstaka''. Drugi problem to przedłużające się zakończenie. Może tylko ja tak odczułam, ale dla mnie film kończył się co najmniej przez dziesięciu minut  najpierw poruszającą przemową, później emocjonalną sceną, jeszcze później była bodajże jakaś wizualizacja, aż na końcu dano nam pewną zapowiedź tego, co teraz będą robić bohaterowie.

Na koniec opowiem wam anegdotkę, która świetnie podsumowuje ten film. Pojawiają się napisy końcowe, światła ponownie się zapalają, co jest zwyczajowym pozwoleniem na pierwsze dyskusje o filmie. Moja koleżanka mówi do mnie, że ,,była ciekawa jak to się zakończy z tym Alexandrem’’, na co ja z lekkim grymasem ,,kto to Alexander?’’.

Tak emocjonalnie związałam się z bohaterami, że nawet nie zapamiętałam imienia gościa, który występował w jakiś dziesięciu ostatnich minutach filmu i odgrywał najważniejszą rolę.


Czekałam na to całe dwa lata, czyli sztuka na wielkim ekranie. 
,,Hamlet’’ reż. Robin Lough

Tutaj raczej nie oczekujcie analitycznego wymieniania wad i zalet, zamiast tego powzdycham trochę, bo to było coś. 

Po pierwsze dekoracje i scenografia – nigdy nie widziałam lepszego widowiska. I jasne, to było trochę efekciarskie, ale ja tę efekciarskość całkiem lubię. Zwolnione tempo, bardzo mocne, punktowe oświetlenie czy nagle wpadający na scenę brązowy żwir to jedne z głównych posunięć realizatorskich, na które się zdecydowano – dla jednych może to być całkowicie zbędne, dla innych dobre i nieco oswajające z teatrem. 

Po drugie zadziwiła mnie dawka humoru, bo choć w pierwowzorze jest kilka scen, które proszą się o komediowy wydźwięk to i tak miałam wrażenie, że ktoś tam zdecydował ,,hej, przyjdzie dużo młodych ludzi, więc trochę ich rozśmieszmy’’, co prawda nadal nie rozumiem kilku momentów, w których brytyjska publiczność się śmiała, a nasza, polska, raczej zastanawiała, co jest w tym takiego śmiesznego, lecz bez zwątpienia było kilka scen, gdzie połowa sali chichotała, choć znów był to humor na tyle prosty, że niektórzy uznali go niegodnym takiej sztuki. 

Na koniec czas na aktorstwo. Bez bicia mówię, że ja w kinie pojawiłam się wyłącznie dla Cumberbatcha, ale po przedstawieniu oprócz Benedicta, zapamiętałam również świetną kreację Karla Johnsona (scena z grabarzem). 

Czytając recenzję przed retransmisją widziałam wiele niezbyt pochlebnych opinii, że to występ jednego aktora (i po części tak jest), że wszystko nastawione jest na zrobienie show i ogólnie wszystkich zgubiło trochę to, że jak mają Cumberbatcha, którzy sprzedał im bilety przed pierwszą próbą czytaną to już właściwie nie trzeba nic robić. Może trochę tak było – nie wiem. Ja jako kompletny laik teatralny wyszłam z kina z bananem na twarzy i chęcią obejrzenia jeszcze jakieś sztuki teatralnej – może nie już, od razu, ale za miesiąc, dwa i chyba tylko to się liczy. 


19

piątek, 23 marca 2018

5 grzechów ludzi w kinie

Nie dalej niż wczoraj wybrałam się na retransmisję ,,Hamleta’’ z Cumberbatchem, bo skoro dają to trzeba korzystać. I choć przedstawienie zrobiło na mnie wrażenie ogromne, to zaobserwowałam też kilka zachowań wśród widowni, które potrafiły mnie całkowicie zdekoncentrować. Dziś więc trochę o tym, co denerwuje ludzi w kinach – przejdziemy przez niekończące się reklamy, trochę popsioczę na spóźniających się, by później pogdybać nad popcornem.

1. Komórki 
Zaryzykuję stwierdzenie, że dla niektórych telefony są przedłużeniem ręki, a poniekąd też osobowości – zresztą firmy produkujące urządzenia mobilne coraz bardziej się starają, aby każdy użytkownik ich produktów mógł spersonalizować sprzęt do tego stopnia, by dwa identyczne modele telefonów wzbudzały w nas całkowicie inne uczucia. Wpływa na to tapeta, obudowa, pobrane aplikacje czy etui. Telefony komórkowe mogą się różnić kolosalnie, lecz bez względu na rozbieżności, komórka używana na widowni zawsze rozprasza. I nie ma na to żadnego innego sposobu prócz wyłączenia wyświetlacza.

W mojej sali problemy z telefonami pojawiały się może nie notorycznie, ale irytująco często. Na pierwszy rzut oka spostrzegłam dziewczynę, która zdawała się w ogóle nie oglądać przedstawienia, zamiast tego nieustannie wpatrywała się w ekran komórki, pisząc wiadomości. Później, ktoś rząd przed wspomnianą osobą, postanowił zrobić zdjęcie – z fleszem, aczkolwiek tutaj muszę sprawiedliwie przyznać, że użytkowniczka komórki szybko się zreflektowała, wyraźnie zaskoczona, włączonym oświetleniem i natychmiast przyłożyła telefon do spodni, aby w miarę możliwości ograniczyć zasięg błysku. Chociaż dla kontrastu powiem też, że były takie asy, które w środku przedstawienia robiły zdjęcia z fleszem – nie muszę chyba przypominać, że rejestrowanie części filmu/transmisji/serialu puszczanego w kinie jest nielegalne. Oczywiście pojedynczych wpadek jeszcze trochę było, np. w pewnej dramatycznej sekwencji, gdy Hamlet wygłasza swój monolog, osobie za mną, zadzwonił telefon z wesołą melodyjką. Poważna kwestia Cumberbatcha szybko straciła klimat w starciu z wesołym utworem kogoś z widowni. W innym momencie po sali poniósł się charakterystyczny dźwięk wiadomości z Messengera. Prócz tego widziałam też, że dwie osoby w międzyczasie sprawdzały w swoich komórkach godzinie, co akurat przy – prawie – czterogodzinnym występie wydaje mi się dość naturalnym odruchem. Nadal niezbyt taktownym, acz nie wzburzającym tak krwi, jak odbiorca, który przez całą pierwszą część retransmisji, zamiast na ekran kinowy patrzy w komórkę. 

Ku przestrodze radzę tym, którzy tak jak ja, biorą komórki do kina, by koniecznie sprawdzali czy ich sprzęt nie zakłóci komuś seansu. Najlepiej zrobić to jeszcze przed wejściem na salę, lecz jeżeli się zapomnicie to zazwyczaj miły pan lub pani lektor, przypomną wam, że należy wyłączyć lub przynajmniej wyciszyć telefony. Z kolej jeśli jesteście z tych, którzy nie mogą się powstrzymać od sprawdzania godziny, to zalecam przyciemnienie ekranu najbardziej jak to jest możliwe, w miarę dyskretne zachowanie, a najlepiej jakiś bajerancki zegarek na rękę. 


2. Spóźnianie się
Sytuacje są różne i czasami człowiek po prostu przyjdzie, jak to niektórzy mówią, gasić świecę. Nie zmienia to jednak faktu, że w momencie, gdy film się zacznie i nagle między rzędami przechodzi choćby i jedna osoba to sytuacja robi się niekomfortowa – szczególnie gdy jesteś na seansie z napisami, i z jednej strony chciałbyś wiedzieć, co mówią bohaterowie, ale z drugiej trochę trudno zrobić to, gdy ktoś przed tobą stoi. O ile mówimy o jednej osobie to można nawet się uśmiechnąć i powiedzieć ,,no trudno’’ – w końcu jeden człowiek, nawet poruszając się niezwykle ospale, zniknie z pola widzenia stosunkowo prędko, więc stracisz, co najwyżej, cztery linijki dialogowe. Można przeżyć – chyba, że to właśnie finał. Wówczas nawet jedna osoba wprowadza w stan powszechnego niezadowolenia. Reasumując, uważam, że przychodzenie trochę później, żeby ominąć reklamy można przełknąć (choć wierzcie lub nie, ja akurat całkiem lubię ten segment – o ile stosunek reklam do trailerów jest 1:2, ewentualnie 1:1), ale już ostentacyjne spóźnianie raczej drażni.


3. Rozmowy
Dyskusje o filmie są fajne, o ile nie mają miejsca na sali kinowej.


4. Popcorn i ogółem jedzenie w kinach
Na samym wstępie – jedzenie nie jest grzechem.
Ale potrafi wybić z rytmu.

Zacznę od popcornu, czyli niejako atrybutu kina. Przyznam, że ja ostatnio tego przysmaku w kinach nie jadam, ale całkowicie rozumiem tę potrzebę u innych; sama w dzieciństwie wiązałam wyjazd do kina z zakupem dużego wiaderka popcornu, którego połowa zniknie w trakcie reklam, a druga wyląduje gdzieś między fotelami. Domyślam się, a właściwie bardziej podejrzewam, że niektórych może rozjuszać popcorn w kinach – bo później jest tylko brudno, wszystko chrupią, no i wszędzie czuć masło. O ile, całkowicie to pojmuje, tak też uważam, że walka z konsumowaniem popcornu w kinach jest nie tylko skazana na porażkę, ale także bezcelowa. Popcorn nabrał znaczenia w wieku XIX, w XX przechodził swoją złotą erę – wówczas kino bez prażonej kukurydzy było kinem słabym. Nawyk zakorzeniony w ludziach od ponad stu lat, trudno wyplenić od tak.

Ja jednak z ideą jedzenia popcornu się nie sprzeczam, bardziej chcę cię skupić na tym jak ten popcorn jest spożywany. Niektórzy strasznie mlaskają, zdarza się, że komuś się coś rozsypie, więc w akcie popłochu przekopuje dowód swojej winy pod sąsiednie fotele, za to jeśli się trafi na szkolną wycieczkę to prawdopodobne jest, że zawsze jakiś jeden podrostek uzna za dobrą zabawę, obrzucanie się jedzeniem. Niektórzy też wnoszą na salę własne jedzenie i tutaj znów bywa różnie – niektórzy przychodzą z własnym napojem, co nie stanowi trudności, lecz inni tarmoszą za sobą Laysy. Do chipsów nic nie mam – są pyszne. Szkopuł w tym, że opakowanie tych pyszności strasznie szeleści i o ile nie przesypiesz sobie chipsów do tekturowego opakowania – zbliżonego do tego popcornowego – to sprawa jest delikatna. Sami sobie wyobraźcie jak właśnie oglądacie najdramatyczniejszą scenę w filmie, gdzie panuje całkowita cisza, a tu nagle ktoś grzebię w paczce, by zjeść tego ostatniego chipsa, który uporczywie trzyma się w rogu paczki.

Jeżeli opakowanie nie szeleści to problemu nie ma; przynajmniej dla mnie jako innego odbiorcy, bo polityka kina związana z niefirmowym prowiantem to inna sprawa. Także jeśli chcesz – to jedz. Jeśli nie chcesz – to nie jedz. Ale obydwie czynności rób w miarę cicho.


5. Zajmowanie cudzych miejsc
Ironicznie muszę powiedzieć, że jako dzieciak w trakcie rodzinnych wyjazdów do kina nigdy nie siadałam z rodziną w swoich miejscach. Pamiętam, że jedno pisało na bileciku, a drugie zawsze robiliśmy. Na nasze usprawiedliwienie powiem, iż – z tego co sobie przypominam – zawsze były to wydarzenia, gdzie oprócz nas była garstka ludzi, więc tak naprawdę widzów na sali, nie było nawet w połowie tak dużo jak miejsc. Nie ma też co się przesadnie wybielać, bo prawda jest taka, że ktoś mógł później tę miejsce kupić, a jak już za coś się płaci, to chce się to mieć.

Do wszystkich, którzy jeszcze nie do końca to przyswoili, bo też za młodu nasiąknęli podkradaniem miejsc: blokowanie cudzych fotelików nie jest fair.


To już koniec grzeszków, z którymi się spotkałam, choć niewątpliwie problemów jest o wiele więcej. Na koniec, zanim każdy z was zacznie sobie przypominać, jakie to inne, złe rzeczy go spotkały pamiętajcie, że kiedyś zamiast prośby o wyłączenie komórki, proszono o nie palenie i nie plucie, wszędzie panował ogromny tłok, zamiast wygodnych foteli były ławki, a jak mieliście pecha to siedzieliście ramię w ramię z osobą, która by zrozumieć tekst musiała czytać go na głos – czasami sylabizując. I nie mówię tego na zasadzie ,,patrz, ludzie mieli gorzej i żyli’’ tylko w imię tego, że każda epoka rodzi nowe komplikację. My zmagamy się z komórkami i spóźnialskimi, a oni walczyli z zagrożeniem przeciwpożarowym. 
26

niedziela, 11 marca 2018

Wydawnictwo versus książka, czyli jak marka wpływa na naszą percepcję.

Metki, oznaczenia i społeczne postrzeganie danego produktu, bardzo często definiują jaką markę wybierzemy. Selekcja pomiędzy firmą Adidas, Nike czy Puma nie jest tylko decyzją dokonaną przez pryzmat naszych potrzeb, ale coraz częściej przez renomę danej marki. Doskonale obrazuje to reportaż Marka Rabija ,,Życie na miarę'', który opisuje jak w Bangladeszu szyje się ubrania dla dużych oraz cieszących się powszechną estymą firm; cała ironia polega na tym, że z Bangladeszu często wyjeżdżają dwie ciężarówki - jedna to ta, która trafi na luksusową półkę z ceną równą połowy najniższej krajowej, podczas gdy druga, w tym samym czasie, znajdzie się na czarnym rynku podróbek, gdzie ktoś nieświadomie kupi za trzy, a może nawet cztery razy niższą cenę ten sam produkt tyle, że bez etykietki. Pod wpływem swoich własnych doświadczeń, zaczęłam się zastanawiać, czy taki proces zachodzi również w przypadku rynku książkowego. Nie tworząc sztucznie tajemnicy poliszynela od razu odpowiem - oczywiście.

Prawda jest taka, że jestem zdania, i to należy zaznaczyć (że to wszystko to tylko moje zdanie), iż z każdym świadomym zakupem książki, zaczynamy rysować sobie w głowie pewien obraz wydawnictwa. Wydaje mi się, że składa się na to kilka czynników: przede wszystkim jakość produktów, profil wydawnictwa (jeśli jest skrupulatnie sprecyzowany od razu mam wrażenie, że to firma z wyraźnym planem i pasją, bo przecież parafrazując klasyczną wypowiedź ,,jak wydajesz książki o wszystkim, to wydajesz, tak naprawdę, książki o niczym''). Poza tym istotna jest również polityka firmy - to jakie opinie krążą o jej usługach (mam tu na myśli wywiązywanie się z obietnic, ocena korekty) czy choćby sposób prowadzenia social mediów. Dodatkowo to, na co ja zwracam uwagę, to kwestia współprac barterowych - jeżeli firma współdziała z twórcami, którzy piszą tekst na zasadzie opisu książki i dwóch zdań opiniotwórczych to widzę poważny problem w zaufaniu takiej organizacji. Podobnie jest, gdy marka zezwala tylko na pochlebne recenzję, aczkolwiek ten konkretny przykład, jest dla mnie, skazą zarówno ze strony wydawnictwa jak i samego influencera, co jest notabene materiałem na osoby wpis.

Otoczkę estetyczną sponsoruje Robert Downey Jr. Dlaczego? Bo to po prostu ładny facet.
I też czyta.

Jeżeli siedzimy w rynku książki, to już na podstawie przesłanek, będziemy mieć pewne zarysowanie wydawnictw, np. w mojej świadomości Wydawnictwo Papierowy Księżyc jest firmą, która mówiąc w języku internetowym, kompletnie nie umie w korektę - często zdarzają im się literówki, i to nawet na okładce. Na dobitkę pamiętam tę wydawnictwo jako ociągające się, więc jeśli wygrasz u nich książkę na konkursie (a trzeba przyznać, że tych robią sporo) w marcu to możliwe, że ujrzysz ją dopiero w lipcu. Niepochlebne zdanie mam też o Novae Res, które jest jednak całkowicie innym kalibrem w przeciwieństwie do wcześniejszej placówki. Novae Res wydaje na zasadzie self-publishingu, czyli tłumacząc na nasz piękny język, samo-publikowania. Autor płaci pieniądze, po czym może liczyć na określoną liczbę egzemplarzy swej książki. Wydawnictwa tego typu często wabią obietnica wysokich zarobków, dużą dystrybucją oraz reklamą w sieci, lecz większość tych postanowień nigdy nie dochodzi do finalizacji. Nie będę się jednak skupiać na moralnych tudzież prawnych aspektach tej firmy, zamiast tego pragnę powiedzieć o mym stosunku do całego wydawnictwa, albo właściwie do poziomu, do którego przyzwyczaiła mnie ta firma.

Ostatnio poszukiwałam dobrej książki, która w ciekawy sposób prawiłaby o historii - o dziwo, taką znalazłam. Sęk w tym, że uśmiech wzbudzony cudownym opisem, został szybko zmyty wieścią, że to wydawnictwo Novae Res. W czym tkwi moje niechęć?

1) Z tego co pamiętam, posiadałam dwie książki tego wydawnictwa - żadna nie nadawała się do przeczytania. Co już o czymś mówi.

2) Poziom merytoryczny oraz edytorski. To dwa najważniejsze aspekty - o drugim powiem tylko tyle, że krążyły kiedyś fotografie (później zostały usunięte), gdzie czytelniczka wypunktowała banalne błędy książki z tego wydawnictwa, i mówimy tu o ortografach, które można wyeliminować już z poziomu Worda. O złym poziomie merytorycznym, co prawda jeszcze nie słyszałam, jednakże jako osoba wręcz przeczulona na tym, by książka była w miarę możliwości obiektywna i już niezależnie od możliwości autentyczna (zawierająca prawdziwe, potwierdzone informację oraz bibliografię, na której można się opierać i która nie ma nic wspólnego z czasopismami pokroju Super Express) trudno jest mi uwierzyć, że ktoś wydaje dobrą pozycję historyczną w takiej firmie. 

Właśnie ktoś powiedział Robertowi, że przeczytał dobrą książkę wydaną przez Novae Res.

Nie mówię, że to niemożliwe - po prostu wymaga ode mnie zbyt dużego pokładu nadziei w coś co nigdy nie funkcjonowało, bo niezależnie od tego, ile Novae Res działa nigdy nie słyszałam, aby jakaś ich pozycja naprawdę kogoś zachwyciła, nie wspominając już o podbijaniu listy bestselerów (nie żeby znów bestselery, były tak miarodajnym miernikiem tego, co warto czytać). Odwrotną za to sytuację mam przy Wydawnictwie Czarnym - cokolwiek by nie wyszło spod ich loga to wierzę, że są to materiały rzetelne, konkretne i wartościowe, a co zabawne, mam jedynie ich jedną książkę.

Czy to zjawisko dobre? Ani trochę. Zarówno skreślanie debiutantów (bo to głównie oni wydają w Novae Res) nie jest w porządku, ani też ślepe zapatrzenie w Czarne (choć nie słyszałam też żeby kiedykolwiek wydali coś złego i niezgodnego z faktami). Rozsądny człowiek powiedziałby, że najważniejszy jest umiar i wstrzemięźliwość - tak, podchodźmy z rezerwą do książek słabych wydawnictw, ale nie skreślajmy ich definitywnie. Tak, chętniej sięgajmy po pozycję sprawdzonych i zaufanych firm, ale nie zamykajmy się w monotematycznych bańkach, i przede wszystkim, w razie wątpliwości sprawdzajmy, czy wydawnictwo się nie pomyliło. Im też się zdarza.

Jestem pewna, że Robert traktuje tak każdego rozsądnego człowieka, really. 

Wpis może nie jest odkrywczy, ale i takie są potrzebne. Napiszcie czy też przyłapaliście się na skreślaniu pozycji (a tym samym autora) z powodu wydawcy? Czy raczej jest wam całkowicie obojętne, kto wydaje książkę?
19
Template by Elmo